80 Ann St
London
Ontario
N6A 1P9


email

Canadian Polish Congress

London District

Kongres Polonii Kanadyjskiej

Okręg London
News
Wiadomości
Calendar
Kalendarz
Organizations
Organizacje
Executive Board
Zarząd
Sponsors
Sponsorzy
A Festival
Of Poland

Festival



Szkoła Liderów

Istniejąca w Polsce od 1994 roku Szkoła Liderów w tym roku po raz pierwszy otworzyła wrota dla Polonii z Zachodu. Ale może się trochę cofnę. W czasie międzywojnia zauważono lukę. Wielu chciało władać nowo odzyskaną Polską, wielu się za to brało, ale brakowało prawdziwych przywódców - takich, którzy działaliby na rzecz Polski, a nie na swoją własną, i nie w interesie znajomych. Z tego powodu powstała wtedy szkoła liderów, której celem było takie wykształcenie społeczeństwa, aby nikt nie przynosił wstydu, aby ludzie umieli coś zbudować, a nie zniszczyć.

Po drugiej wojnie, za tzw. czasów komunistycznych, szkoły nie reaktywowano. Na to trzeba było czekać prawie pięćdziesiąt lat - aż do roku 1994. Tu ponownie proponuję krótki powrót do historii, do sylwetki człowieka, dzięki któremu Szkoła ponownie funkcjonuje. To Zbigniew Pełczyński.

Urodzony w 1925 roku, w 1944 bierze udział w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie trafia do Wielkiej Brytanii, gdzie studiuje na szkockim University of St. Andrews, a w 1956 roku broni pracę doktorską na uniwersytecie w Oksfordzie, gdzie wykłada aż do roku 1993, do emerytury (wśród jego studentów był m.in. Bill Clinton, z którym pozostaje w kontakcie).

Tam od 1982 roku dba o to, by ze stypendiów uniwersytetu oksfordzkiego korzystać mogli także studenci z Polski, potem - także z Europy Środkowej i Wschodniej. Do zapoczątkowanego przez niego programu z czasem włączyły się też inne uczelnie Wielkiej Brytanii.

Po roku 1989, który przyniósł Polsce wielkie zmiany, Zbigniew Pełczyński służył swą bogatą wiedzą i doświadczeniem pierwszym solidarnościowym rządom. W roku 1994 stworzył Szkołę Młodych Liderów Społecznych i Politycznych, którą dotąd kieruje i która teraz funkcjonuje jako Szkoła Liderów.

Żeby choć trochę przybliżyć profesora Pełczyńskiego jako człowieka, przytoczę jedną z dotyczących go anegdot.

Młody współpracownik spotyka profesora rankiem na uczelni.

- Pan tak wcześnie zaczyna, profesorze? - pyta.

- Właśnie skończyłem - odpowiedział mu Zbigniew Pełczyński.

Początkowo celem Szkoły była budowa społeczeństwa demokratycznego w zmieniającej się ustrojowo Polsce, danie ludziom przygotowania do odbudowy instytucji samorządowych itp., dlatego też skoncentrowano się na działaniach lokalnych. Działalność szybko się rozszerzyła na dawne wschodnie rejony kraju, czyli objęła Polaków za wschodnią granicą.

Jak napisałem we wstępie, w te wakacje Szkoła po raz pierwszy otworzyła na oścież drzwi dla Polonii z tak zwanego zachodu. Z myślą o mieszkającej tam Polonii odbywają się latem dwa zjazdy: na przełomie czerwca i lipca - dla młodych osób polskiego pochodzenia, mieszkających w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, a w sierpniu - dla tych z krajów Europy Zachodniej.

Amerykanie i Kanadyjczycy mieli plan bardzo napięty - każda minuta była zapełniona, a dni napakowane zajęciami jakby doba miała 25 godzin. Spotkania w obu ambasadach i Senacie, spotkanie z kardynałem Dziwiszem, spotkanie z prezydentem Wałęsą, spotkania z przedstawicielami organizacji pozarządowych (NGO - nongovernment organizations). Żadne z nich nie było jakieś tam pięciominutowe, tylko na ustawienie się do zdjęć, ale przynajmniej godzinne, z dyskusją. Na przykład prezydent Wałęsa sam prosił o trudne pytania, gdyż wolał żywą dyskusję.

Między innymi było spotkanie z młodym człowiekiem, który organizuje koncerty na rzecz demokracji na Białorusi; inne - z bardzo młodym, który zaczynał jako nastolatek, z gminy wiejskiej, gdzie sami potrafili sobie zorganizować internet i wymianę swoich studentów z Kanadą i Ukrainą. Takie przykłady pozytywnej działalności niewiarygodnie dodają ducha. Spotkać kogoś, kto coś zorganizował, zbudował od zera, nie mając zaplecza finansowego, a tylko wsparcie swoich kolegów i znajomych, to napełnia energią.

A to dopiero mniej niż połowa przykładów na to, co oferowała Szkoła uczestnikom. W planie były też wykłady. Między innymi profesor Pełczyński mówił o demontażu komunizmu, a prof. dr hab. Anna Giza Poleszczuk o współczesnej Polsce. Bardzo ciekawe były też dwa inne: dr hab. Krystyny Błeszyńskiej, która mówiła o wielokulturowości i transnacjonaliźmie, oraz Jana Wróbla - na temat współpracy Polski z Polonią.

Jan Wróbel już na samym początku zastosował zaczepny chwyt, zdolny poruszyć każdego człowieka choć trochę zaangażowanego w sprawy Polonii. Postawił kontrowersyjną tezę, że nie można mówić o współpracy Polski i Polonii, kiedy takie twory nie istnieją. Wyjaśniam: chodziło mu o takie sformułowania, jak np. “Polska się obrazi”, lub też “Czy Polonii się coś spodoba”... chodziło o nadużywanie ogólników. Zdaniem Jana Wróbla współpracę można mierzyć pomiędzy jednostkami, czy w najlepszym wypadku jakimiś grupami ludzi, ale nie aż na taką skalę, aby mówić “cała Polska” czy “cała Polonia”.

I już na własne oczy widzieliśmy wyśmienity pokaz takiej współpracy między organizacjami. W kilku początkowych spotkaniach uczestniczył pan Jerzy Barycki, wiceprezes Kongresu Polonii Kanadyjskiej do spraw kontaktów z Polską. Przedstawiał to, co najlepsze - polskie i kanadyjskie.

Ale wracam do szkoły. Oprócz wykładów, oprócz spotkań, trzeba też wspomnieć o trzeciej połowie zajęć (już chyba wspomniałem, że doby były wyliczone na 25 godzin?). Tu chodzi mi o ćwiczenia i naukę.

Był czas poświęcony debatom w stylu oksfordzkim (to debaty z określoną strukturą, która musi być przestrzegana przez obie strony), był i czas na dyskusje - na przykład o tym, jakie cechy powinien mieć dobry mówca, połączone z poznawaniem siebie. Pomagało w tym nagrywanie, gdyż inaczej nie da się siebie zobaczyć - lustro nie wystarczy. Gestykulacja, wymowa, spojrzenie... wszystko jest ważne, a późniejsze omawianie nagrań pomaga uświadomić, co robimy dobrze, a co źle.

Czy wspomniałem o wizytach w muzeach? Czy napisałem o możliwości spotkania innych członków Polonii i okazji do przedyskutowania, jakie problemy mają oni, a jakie my? Okazji do wymiany pomysłów, wymiany materiałów? I okazji do tego, co najważniejsze - do współpracy.

Początek współpracy już widać. Ale trzeba to kultywować. Musimy umieć współpracować ze sobą: współpracować z Polonią z miasta obok, z Polonią z sąsiedniej prowincji czy stanu, z Polonią z innego kraju. Także z Polakami. Do tego nie jest nam potrzebny rząd - potrzebna jest współpraca między jedną osobą a drugą.

I to jest to, czego uczyła Szkoła. To jest to, do czego absolwenci będą dążyć.

Więcej o Stowarzyszeniu http://www.szkola-liderow.pl